TopLista stron o C.S.Lewisie

Najlepsze strony o tematyce Fantasy
Toplista stron poświęconych fantastyce
Najlepsze strony o literaturze - RANKING



ARTYKUŁY


„Harry Potter dawnych czasów”, czyli o Narni słów kilka.


Co robi przeciętny człowiek, gdy w jego głowie - zupełnie niespodziewanie - „zjawia się” leśny faun i zaczyna (w ogóle nie zważając na zdziwionego całą sytuacją właściciela głowy!) dziarsko maszerować zaśnieżoną ścieżką, wymachując do tego bezczelnie parasolką?Odpowiedź wydaje się oczywista… pisze o tym książkę!

I chwała mu za to! Tym człowiekiem był, bowiem znany pisarz, C.S. Lewis, a całe zdarzenie miało miejsce jakieś… 50 lat temu i zapoczątkowało (można powiedzieć, że dziś już kultowy) cykl książek o „Opowieściach z Narnii”. I tak już od czasu publikacji części pierwszej, czyli gdzieś od roku 1950, ciągnie się ta narnijska historia, z całym ogromem magii w tle! A trzeba wiedzieć, że – wbrew pozorom - nie zaczyna się ona w radosnych czasach… W Anglii trwa właśnie wojna, a czwórka rodzeństwa – Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja – jest zmuszona uciekać z Londynu daleko na wieś. Jeżeli jednak do wyżej wspomnianego fauna dodamy jeszcze zaczarowane przejście między dwoma światami, wszechmocnego Lwa, pewną naprawdę wredną wiedźmę i całe zastępy mówiących ludzkim głosem zwierząt, to sytuacja nie jest aż tak tragiczna, a można powiedzieć nawet, że mamy wymarzony początek naprawdę magicznej historii! Historii, która ciągnie się aż na 7 tomów i oczarowała niegdyś praktycznie cały świat. Niegdyś, bo obecnie sytuacja wygląda zupełnie inaczej…

Ostatnio ktoś powiedział mi, że „Opowieści z Narnii” to „taki Harry Potter” dawnych lat… I rzeczywiście – są to bestsellery, które królowały na półkach naszych rodziców, a nawet dziadków! Czy znaczy to jednak, że straciły na swojej aktualności? Z całą pewnością NIE! Czasami myślę jednak, że teraz do każdego egzemplarza książki powinna być dołączona krótka informacja: „Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy kiedykolwiek o To zapytacie!” Bardzo łatwo można się bowiem przekonać, że tak naprawdę nie ma sensu trudzić się (i swoich znajomych;) pytaniami w stylu: „Hej, a czytałaś/eś „Narnię”?” Później można co najwyżej uzyskać odpowiedź w postaci wybałuszonych oczu i mocno zdezorientowanej miny naszego rozmówcy, który najprawdopodobniej jeszcze przez dłuższą chwilę będzie pozostawał w stanie skrajnego szoku, nie wiedząc o co właściwie chodzi… Czy musi tak być? Sądzę, że nie, jednak nic nie zapowiada rychłej zmiany biorąc pod uwagę choćby - tak przecież obecnie rozpowszechniony - Internet. Ostatnio miałam okazję przekonać się „na własnej skórze”, że wszelkie próby wpisania do wyszukiwarek słów „Opowieści z Narni” kończą się co najwyżej wyświetleniem stron kilku księgarń internetowych i to w dodatku z ohydną grafiką…

Dlaczego więc zapomina się o wirtuozie pióra, jakim był C.S. Lewis i świecie przez niego stworzonym? Bo tak naprawdę ten świat to nie tylko fantasty. To przede wszystkim, – choć może zabrzmi to nieco „moralizatorsko” (nie cierpię tego słowa...) - przesłanie ukryte pod baśniową treścią, znaczenia, symbole i masa niedopowiedzeń. To miejsce, w które przeniósł on elementy naszej zwykłej, szarej rzeczywistości, a także samych ludzi – właśnie po to by ukazać ich wady i zachowania – to, jakimi są naprawdę… To miejsce otwarte dla tych, którzy nie tylko „wodzą wzrokiem” po tekście… Wiadomo, nie każdy miał możliwość spotkania się z Narnijską historią, jednak najbardziej „mądrzy i obeznani” w tym temacie – jak zresztą zawsze – są Ci, którzy „co nieco o tym słyszeli, ale bzdet nie czytają”… A, że zazwyczaj słyszą to od np. „koleżanki-brata-kuzyna-sąsiada z klatki obok” to już przecież nie ich wina…Tym, którzy jeszcze nie poznali: ”Opowieści z Narnii” – gorąco polecam tom pierwszy („Lew, Czarownica i Stara Szafa”), a dla reszty „świata” (nie wnikajmy którego;) : Don’t Kill The Magic!


Źródło: "Prorok(ator)"...
Autor:Wieczna
Data:12.10.2003


Sprostowanie:
Mamy nadzieję, że od dnia 07.11.03 wszelkie próby wpisania do wyszukiwarek słowa "Narnia" zakończą się pomyślnie... Przecież nareszcie MY rozpoczynamy działalność! ;)






Era magii i odważnych dzieci ratujących świat…

Zdać by się mogło, obserwując (nawet bez szczególnego zainteresowania) świat kultury otaczający tych nam najmłodszych – dzieci i młodzież, że coraz bardziej popularne stają się dla nich zarówno filmy jak i książki z gatunku fantasy. Ten fenomen może znaleźć uzasadnienie w pragnieniu dzieci przeniesienia się do innego, lepszego, bardziej bajkowego świata – świata ich dziecięcej wyobraźni. Współczesność nie przedstawia się bowiem tak kolorowo i ponętnie, by skusić młodych ludzi do spędzania w tym nijakim świecie większej ilości czasu.

Wraz z pojawieniem się ostatnimi czasy serii pani J. K. Rowling o przygodach nastoletniego czarodzieja – Harry’ego Pottera – przywróciło nadzieję na czytelnictwo najmłodszych. Uważano bowiem, że współczesność i jej techniczne zdobycze (czyt. telewizor, komputer i Internet) odciągnęły dzieci od słowa pisanego (tudzież w tym przypadku czytanego) tak skutecznie, że mowa była nawet o wymieraniu czytelnictwa w nowym pokoleniu. Magiczny świat głównego bohatera, który – na pozór prowadził zwyczajny i mało ciekawy żywot – odkrył, że tak naprawdę jest czarodziejem, rozbudziła nadzieję dzieciaków, że – jak i Harry – ich nudnawe życie wcale takim być nie musi… Że może i na nich czeka list ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwardzie z zaproszeniem na rozpoczęcie w niej nauki… Że być może za kurtyną niewidzialności, w której żyją mugole – istoty zupełnie niemagiczne – jawi się również ten ciekawy, tak wspaniale inny i bardziej czarujący (w znaczeniu dosłownym i przenośnym ;)) świat. Tak też seria o przygodach czarnowłosego młodego czarodzieja i dwójki jego przyjaciół – rudowłosego i roztrzepanego Rona i mądrej, oczytanej Hermiony – pnie się na szczyty popularności.

Rozbudzona młodzież i jej niezaspokojone pragnienie czytania, czytania, czytania – oczywiście książek o tematyce podobnej, acz w niektórych wypadkach głód słowa pisanego sięgnął dalej – spowodował ponowne zainteresowanie się gatunkiem fantasy. Do łask powrócił (za sprawą ekranizacji Petera Jacksona) chociażby „Władca pierścieni”. No a teraz „Opowieści z Narnii”…

Jeśli prześledzimy dokładnie fabułę i przesłanie wspomnianych przeze mnie owych trzech pozycji z gatunku fantasy („Opowieści z Narnii…”, „Harry Potter i…”, „Władca pierścieni”) zauważymy, że zawierają one (zwłaszcza dwie pierwsze) wiele cech wspólnych. Przede wszystkim – główni bohaterowie… Czwórka dzieci w powieściach pana Lewisa, trójka nastolatków w serii pani Rowling, i wreszcie czwórka małych hobbitów. Jednym słowem – bohaterowie na pozór mali i niezdolni do ratowania kogokolwiek od czegokolwiek większego… Ot takie „nic” w całym wielkim świecie zła i dobra i nieustannych wojen między tymi pojęciami. A jednak obdarzeni wielkim sercem i ogromną odwagą, która pomaga im zwyciężyć w końcu zło na przekór wszystkim i wszystkiemu… Wspaniały morał dla najmłodszych – wiek i postura o niczym nie świadczą… Tylko nasze czyny i ciepłe serce stanowią o wielkości człowieka. Słowem – nie ważne, że jesteś mały, nie liczysz się w świecie dorosłych… Od ciebie też wiele zależy i – być może – to nawet ty sam obronisz dobro…

Jeśli już mowa o bohaterach… W pierwszym tomie z serii „Opowieści z Narnii” („Lew, czarownica i stara szafa”) poznajemy Edmunda, który zdradza trójkę swego rodzeństwa i cały świat narnijski, sprzymierzając się z Białą Czarownicą – sprawczynią całego zła w królestwie lwa Aslana – Narnii… Chłopak przywodzi na myśl wroga Harry’ego Pottera – Dracona Malfoy’a, który też nieustannie stara się, by Harry, Ron i Hermiona wpadli w kłopoty, bądź – zwyczajnie – zginęli.

Pojawia się też motyw wielkiego autorytetu… Postaci, która wygłasza w zasadzie same mądrości i – nie ma co owijać w bawełnę – często ratuje głównych bohaterów. I tak w Narnii spotykamy wspomnianego wcześniej lwa Aslana – stworzyciela całej magicznej krainy. W „Harrym Potterze” natomiast imponuje nam dyrektor szkoły – stary, ale silny duszą i mądrością – prof. Albus Dumbledore.

I wreszcie czarny charakter, potrzebny przecież do stworzenia całej intrygi i przygody… W obu seriach do czynienia mamy z silnymi jednostkami, siejącymi strach i posługującymi się magią, którym służą najczęściej postacie o przerażających i obrzydliwych kształtach, których sam wygląd odstrasza. W Narnii złe rządy sprawuje (zsyłając na całą krainę wieczną zimę) okrutna Biała Czarownica, której – zda się – serce zamarzło niczym rośliny w narnijskim świecie razem z pojawieniem się postaci. Porządek w świecie Harry’ego burzy natomiast Lord Voldemort – znany większemu gronu pod pseudonimem Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać – zły czarnoksiężnik, któremu marzy się nieograniczona władza nad całym światem. Zarówno czarodziei jak i mugoli.

Przyjrzyjmy się teraz światu nakreślonemu w obu książkowych seriach – „Harrym Potterze” i „Opowieściach z Narnii…”. W obu przypadkach ów magiczny świat nie jest widoczny dla wszystkich. Niektórzy nie mają o nim nawet pojęcia… Jest on bowiem skrzętnie ukryty przed niepowołanym wzrokiem, a dostać się do niego można jedynie za pomocą magicznych przejść. W książkach pana Lewisa takimi wrotami do świata magii - tytułowej Narnii – jest wspomniana w tytule pierwszego tomu stara szafa (bądź w innym tomie obraz), jeśli zaś idzie o świat czarodziei, do którego przeszedł Harry – jest to np. zwykła ściana z cegieł, która za odpowiednim dotknięciem magicznej różdżki otwiera nam przejście na ulicę Pokątną – jedno z miejsc, gdzie czarodzieje mogą zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze im sprzęty (różdżki, latające miotły i tym podobne).

Na szczęście jednak obie serie różnią się od siebie (jakże nudnawe byłoby, gdyby wszystko można było do siebie porównać!). Jedną z zauważalnych gołym okiem różnic jest nakreślony przez autorów świat. Owszem, magiczny w obu przypadkach. Ale w każdym na swój sposób… W narnijskim świecie o jego wyjątkowym charakterze świadczą chociażby mówiące zwierzęta, które nie dość tego, że wypowiadają swe myśli jak ludzie, ale budują sobie chatki na wzór ludzki i odczuwają jak my. To właśnie owe upersonifikowane zwierzęta są przejawami panującej w książce magii (oczywiście nie można pominąć czarów Białej Czarownicy i tych, które wyratowały Aslana!). W świecie Harry’ego natomiast magia przejawia się już w bardziej „widoczny” sposób – czarodzieje po prostu wykorzystują swoją moc (i różdżkę ;)) do rzucania zaklęć.

Różny jest też wydźwięk moralny i religijny obu serii. Zapewne każdemu obiło się już o uszy, że „Harry Potter…” jest satanistyczny, okultystyczny, nie ma nic wspólnego z religią katolicką i nie powinno się go czytać… A wręcz trzymać od niego z daleka siebie i swoje dziecko… Jeśli idzie o „Opowieści z Narnii…” sprawa jest zgoła inna… Zauważalne jest (i podkreślane przez wielu) podobieństwo postaci Aslana do samego Chrystusa, który zmarł na Krzyżu za nasze grzechy… Jak i owy lew poświęcił swe życie za Edmunda, by wyratować go z rąk okrutnej Białej Czarownicy… I tak jak Pan Jezus, wręcz zmartwychwstał, siejąc na nowo nadzieję w narnijskim świecie. W powieściach Lewisa dobro zauważalne jest bardziej niż w powieściach pani Rowling. Nie przeczę, że u Harry’ego i jego przyjaciół można zauważyć różnicę, niejaką granicę pomiędzy dobrem a złem, ale – tak jak na przykład w przypadku baśni z naszego dzieciństwa – pan Lewis pokazał wszystko w sposób jaśniejszy i wyraźniejszy.

Zapewne dla wielu na księgarnianych i bibliotekarskich półkach jest za dużo tych „klonów” Harry’ego Pottera. Należy jednak pamiętać, że zarówno „Narnia” jak i „Władca” pojawiły się w świecie literatury zanim pani Rowling wpadła na pomysł spisania przygód młodego czarodzieja. I nawet jeśli książki pana Tolkiena i Lewisa zawierają nieco elementów „wspólnych” (jak chociażby wspomniani wcześniej bohaterowie) to fakt ten dziwić nie powinien – obaj autorzy przyjaźnili się bowiem ;).

Źródło: www.narnia.pl
Autor: NEFERTARI







Przyjaciel Tolkiena

Clive Staples Lewis jest do tej pory postacią niemal nieznaną, co może budzić największe zdumienie. Niewątpliwa popularność literatury angielskiej, zachwyt, jaki wzbudził "Hobbit' i "Władca pierścieni" Tolkiena, głód literatury dziecięcej i boom science-fiction powinny sprzyjać wydawaniu jego książek z których tylko trzy, a i to dobrane nieco przypadkowo, ujrzały w naszym kraju światło dzienne. W poniższym tekście zamierzam ograniczyć się , jedynie do przedstawienia roli, jaką pełnił w słynnej dzięki dziełu Tolkiena grupie The Inklings. Przy tej okazji i biorąc pod uwagę fakt, że Inklingsów wiązała ze sobą nie literatura, lecz przyjaźń, więcej miejsca wypadnie poświecić osobowości Lewisa niż jego pisarstwu.

C. S. Lewis urodził się w 1898 r: w Belfaście w rodzinie protestanckiej. Najpierw pobierał nauki w domu, a wraz ze śmiercią matki rozpoczęła cię jego wędrówka po przeróżnych angielskich szkołach prywatnych. Wyniósł z nich wprawdzie wiele wiedzy, wszędzie także objawiło się jego zamiłowanie do lektur i pisania, atmosfera szkół przekonała go jednak i o wielkiej roli przyjaźni. W każdej niemal ze szkół, w których się uczył, istniał nieformalny "gang" starszych chłopców, rządzących bez przeszkód i terroryzujących tych, którzy byli młodsi lub słabsi. Lewis padał ofiarą prześladowań tak często i były one tak dokuczliwe, że nawet jego ojciec, nieco niezrównoważony i słynny z podejmowania zawsze błędnych decyzji, zdecydował się oddać go w końcu na naukę do nauczyciela prywatnego.

W. T. Kirkpatrick byt z pewnością człowiekiem niezwykłym. Dumny z tego, że przez całe życie kierował się logiką nie do zbicia, starał się zaszczepić ją także swym uczniom. Kiedy Lewis przyjechał do niego i wspólnie szli ze stacji do domu, na uwagę chłopca, że pejzaż Surrey wydaje mu się bardziej dziki niż można było przypuszczać, jego przyszły nauczyciel wykrzyknął: "Stop! Co to znaczy dziki i jaką miałeś podstawę, by spodziewać się czego innego?" Kirpatrick był w ten sposób pierwszym nauczycielem retoryki w życiu Lewisa, który wkrótce opanował sztukę dyskusji do perfekcji, a później z różnym powodzeniem sterał się przekazać ją swym przyjaciołom i uczniom w Oxfordzie.

Jako student C. S. Lewis, podobnie jak wielu jego kolegów, wziął udział w I wojnie światowej, był nawet ranny, sama wojna pozostawiła go jednak zdumiewająco obojętnym. Jedynym zdarzeniem z tego czasu, które na zawsze wpłynęło na jego życie, było przypadkowe spotkanie z Paddy Moorem i - później - z jego matką. Gdy Paddy zginął, Lewis zaopiekował się panią Janie Moor, umieścił ją w swym domu, z podziwu godnym spokojem znosił zachcianki starzejącej się, prostej i apodyktycznej kobiety. Tajemnica tego niezwykłego związku nie zostanie prawdopodobnie nigdy poznana. Być może, jakieś jej wyjaśnienie zawarte było w listach które Lewis pisał do młodszego od siebie Arthura Greevesa, przed którym, jak to wynika z jego korespondencji, nie miał sekretów, Greeves zniszczył jednak część pisanych do siebie listów.
Obroną przed nieustannie "wrogim" światem była dla Clive'a od dzieciństwa przyjaźń, łącząca go przede wszystkim z bratem Warrenem, znanym jako Warnie. Ten jednak wybrał karierę zawodowego wojskowego i brat rzadko go widywał. Nic więc dziwnego, że otrzymawszy stanowisko wykładowcy na uniwersytecie, Lewis począł rozważać możliwość stworzenia kręgu przyjaciół aktywnie uczestniczących w życiu akademickim. Zdziwienie może tylko budzić fakt, że wybór jego padł m. in. na młodego filologa, J. R. R. Tolkiena.

W książce "Surprised by Joy" (1965) Lewis zanotował: "Przyjaźń z Tolkienem złamała dwa moje stare uprzedzenia. Od chwili przyjścia na świat ostrzegano mnie, bym nigdy nie wierzył Papiście, od chwili przyjścia na uniwersytet ostrzegano mnie, bym nie ufał filologom: Tolkien był i jednym i drugim".

Innymi słowy, przeciw tej przyjaźni przemawiały nie tylko irlandzkie, zakorzeniane głęboko przesądy religijne, lecz i stara wrogość między "literaturoznawcami" i "językoznawcami" Wydziału Anglistyki Uniwersytetu Oxfordzkiego. Toteż kiedy dwaj młodzi nauczyciele spotkali się po raz pierwszy 11 maja 1928 r., krążyli wokół siebie objawiając daleko posuniętą rezerwę. Wspólne upodobanie do mitów "północy" pomogło jednak przezwyciężyć opory. Wkrótce Tolkien zaprosił Lewisa na spotkanie równie jak The Inklings nieformalnej, lecz znacznie bardziej "literackiej" grupy Coalbiters, poświęconej czytaniu literatury staronorweskiej w oryginale, później jeszcze dał mu do czytania swe własne utwory, pośród których był także poemat "Dzieje Berena i Luthien". "Lewis odpowiedział żartobliwym, lecz nadzwyczaj pochlebnym esejem, w którym, powołując się na fikcyjne autorytety naukowe dokonał rozbioru poematu udowadniając, że to, co w nim słabe, to pomyłki, opuszczenia i uzupełnienia kopisty a sam utwór w "oryginale" był bezbłędnymi arcydziełem. Tolkien nie był nigdy szczególnie wrażliwy na krytykę, był w swym własnym świecie, więc fundament pod wielką, choć skomplikowaną, przyjaźń został położony.

O ile znajomość dwóch młodych wykładowców jednego uniwersytetu nie dziwi, o tyle przyjaźń wykładowcy z lektorem londyńskiego wydawnictwa może wydawać cię dość przypadkowa. I rzeczywiście wynikła ona ze szczęśliwego zbiegu okoliczności. Sława Charlesa Williamsa jako powieściopisarza i poety nigdy nie była wielka, niemniej jednak pochlebna wzmianka o najlepszej z jego książek "The Place of the Lion" dotarła do Lewisa i skłoniła go do jej przeczytania. Niemal jednocześnie na biurko Williamsa w wydawnictwie trafiła rozprawa Jacka "Allegory of Love". Wynikła stąd korespondencja doprowadziła do spotkania w Londynie, po którym, w sposób bardzo dla siebie charakterystyczny, Lewis poczuł się zafascynowany niezwykłą zaiste osobowością Williamsa. Gdy w 1939 r. przeniósł się ten ostatni wraz z wydawnictwem do Qxsfordu, zaproszony został do grona Inklingsów.

W ten właśnie sposób, dzięki energii Jacka, jego "otwartemu" stosunkowi do świata i gwałtownemu entuzjazmowi - Inklingsi rozpoczęli działalność, na którą składały się przede wszystkim dyskusje na rozmaite tematy, a także czytanie i wzajemne krytykowanie utworów literackich. Lewis był nastawiony entuzjastycznie zarówno do dzieła Tolkiena, jak i Williamsa, Tolkien gwałtownie krytykował Williamsa i "Opowieści z Nami" Lewisa, Williams zaś chwalił "Władcę pierścieni", którego był wiernym słuchaczem i czytelnikiem.

Równie interesujący jest także rozkład wzajemnych wpływów. O ile Williams i Tolkien nie zawdzięczali sobie nawzajem nic lub niemal nic o tyle Lewis czerpał z książek obu swych przyjaciół, jakkolwiek wpływy te uznać można za dość powierzchowne ("eldalie" z trylogii, na którą składają cię "Out of the Silent Planet", "Perelandra" i "That Hideous Strenght", czyli trylogii "Ransamowskiej", narodziły się pod wpływem "eldarów" z "Silmarilliona"; lew Aslan z "Opowieści z Narni" zawdzięcza zapewne, przynajmniej w części, swe powstanie "The Place of the Lion" Williamsa; sposób kreacji Nami odpowiada stworzeniu świata u Tolkiena itp.). A więc to Lewis, jeśli można tak określić, czerpał "praktyczne korzyści" z zawartych przez siebie przyjaźni, przynajmniej w sensie literackim. Z drugiej zaś strony był on potrzebny i Tolkienowi, i Williamsowi, znaczy bardziej niż sam ich potrzebował. Niemal automatycznie stawał się "duszą" tego związku, był jedynym ogniwem łączącym różne indywidualności, osobowości bardzo różnych pisarzy.

Jak długo "Jack" organizował spotkania w swym domu na uniwersytecie, regularnie przychodził do pubu, był zawsze dostępny i zawsze gotów do pomocy, nawet jeśli objawiała się ona gwałtowną krytyką jakiegoś szczegółu w czytanym akurat utworze czy poglądu wygłoszonego w dyskusji, "Inklingsi" prosperowali. Nie mogło jednak trwać tak wiecznie - administracyjne kłopoty w Oxfordzie skłoniły Jacka do przeniesienia się w 1954 r. do Cambridge. Niemal całkowite zerwanie stosunków z Tolkienem nastąpiło po ślubie Lewisa, w 1958 r., dlatego, że Jack utrzymywał ten związek w tajemnicy, i takie dlatego, że poślubił rozwódkę. Rozeszły się również literackie drogi przyjaciół: gwałtowna krytyka Opowieści z Narni uraziła Lewisa, podczas kiedy Tolkien zawiesił niemal pracę nad "Władcą Pierścieni". W 1945 r. zabrakło entuzjazmu Williamsa i jego stałej gotowości do dyskusji. Inklingsi spotykali się jeszcze regularnie w pubach, nie było już jednak dawnej atmosfery. Projekty wznowienia działalności po śmierci Jacka w, 1963 r. pozostały nie zrealizowane. "On byt ogniwem łączącym nas wszystkich" - napisał R. E. ("Humphrey") Havard, oxfordzki lekarz mimo braku jakichkolwiek związków z literaturą - pełnoprawny Inklings.

Powodzenie Tolkiena zdumiewało jego samego, jakkolwiek cieszyły go czeki na okrągłe sumy pojawiające się coraz częściej wraz ze wzrostem popularności Śródziemia. Gwiazda Lewisa przybladła z biegiem czasu, lecz ciągle jeszcze świeci jasno, twórczość Williamsa zdaje się być w przededniu swoistego "odrodzenia", Owen Barfield zagorzały antropozof, cieszy się zapewne z tego, że jego "steinerowskie" książki niegdyś z trudem znajdujące nakładców, są dzisiaj coraz lepiej znane. Przynajmniej te nazwiska zdają się przesłaniać sobą wspólny szyld "THE INKLINGS". Czy jest w' ogóle sens przypominać tę nazwę, czyścić ją z kurzu czasu, wyciągać na światło dzienne zjawisko, które daje się z tak wielkim trudem wytłumaczyć?

Oczywiście, że tak. Inklingsi byli swego rodzaju fenomenem, który nie ma szansy się powtórzyć. Wywierali na siebie wpływ większy i głębszy niż tylko wzajemne zapożyczenia motywów i stylistyki. Stworzyli wspólny świat, zaś różnorodność ich twórczości świadczy o jego niezwykłym bogactwie. I tylko jeden z nich potrafił w pełni ten świat ogarnąć, kształtował jego granice i - jeśli była taka konieczność - umiał gwałtownie ich bronić. Był, jak to napisano na okładce polskiego wydania "Perelandry", jedną z "piękniejszych postaci naszego wieku", Szkoda tylko, że ciągle jeszcze tak słabo znaną.

Źródło:"Radar"
Autor: Krzysztof Sokołowski









Lewisy i Carrole

Pewnego pięknego dnia, w chwili zaćmienia umysłowego (no co? Każdemu się może zdarzyć;)) zapytałam moją koleżankę, kto jest autorem „Krainy Chichów”, odparła:
- L... C... L... Carol Lewis... Lewis Jonathan... C. S. Carroll, no jakoś tak…
Po czym spłonęła karmazynowym rumieńcem i odeszła, pozostawiając mnie w stanie osłupienia.
Gdy po kilku dniach zapomniała o owym przykrym incydencie i przestała mnie unikać, spytałam ją, co było przyczyną tak wielkiej kompromitacji.
Odparła, że: „po prostu mylą jej się te wszystkie... wszyscy znani, wszystko pisarze, wszystko belfrzy i każdy jakiś Lewis albo Carroll, albo i jedno i drugie, i bądź tu mądry!” Po tym stwierdzeniu uniosła w górę swój nieprzeciętnej długości nos i wielce poirytowana tudzież oburzona powędrowała do grupki „znajomych mniej czepliwych”. Chociaż mi osobiście rozróżnianie Lewisów i Carrolli nigdy nie sprawiało problemów po dłuższej chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że faktycznie ich imiona, nazwiska i powierzchownie podobne losy mogą się mylić komuś, kto nie jest nałogowym „czytaczem”.
Postanowiłam w jakiś sposób pomóc nieszczęśnikom zagubionym w „przeplatańcu” ogromnej liczby trzech Lewiso-Carrolli. Najlepszym na to sposobem jest chyba „uczłowieczenie” tych „legend literatury” i zbudowanie opozycji między ich losami twórczością etc.

Gdybym była obiektywna, to zaczęłabym chronologicznie, ale obiektywna nigdy nie byłam (co nie znaczy, jak sądzą co poniektórzy, że nie jestem zdolna do empatii*), zacznę więc od mojego ulubionego:

Clive’a Staples’a Lewis’a

Clive Staples Lewis urodził się dwudziestego dziewiątego listopada tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku w Belfaście w Irlandii, ponieważ (jak bardzo wielu z moich znajomych) nie cierpiał swojego imienia, kazał nazywać się Jackiem. Uczył się w szkołach prywatnych, gdzie wyszły na jaw jego zdolności literackie i kompletny brak talentów matematycznych (jak widzimy, do tej pory niczym się nie wyróżnia z grona literatów). Jeszcze przed rozpoczęciem studiów stracił wiarę, za to zafascynowała go kultura romantyzmu, a co za tym idzie: mitologie północy, twórczość Goethego, Wagnera etc.
Po powrocie z pierwszej wojny światowej (wyruszył na nią w wieku zaledwie dziewiętnastu lat) podjął studia na Oxfordzie. W tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku otrzymał zaszczytny tytuł Bakałarza Literatury, a w następnym roku (wnioskuję z ilości wyróżnień państwowych) stał się najpilniejszym kujonem Wielkiej Brytanii.
Aplikowanym wykładowcą literatury średniowiecza i renesansu został w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, zapewne dzięki bliskiemu zaznajomieniu się z dziełem Dantego tudzież rozprawami Tomasza z Akwinu, nawrócił się na Chrześcijaństwo w wieku lat trzydziestu trzech.
Wykładowca Magdalene College w Cambridge, oraz (gdybym tego nie dodała niektórzy gotowi by byli wyrządzić mi krzywdę) przyjaciel Tolkiena (któremu dedykował: „Listy starego diabła do młodego”), pierwszy czytelnik „Władcy”, napisał bardzo wiele fascynujących książek (nie tylko powieści) jednak na stałe do historii literatury wszedł dzięki siedmiotomowemu cyklowi „Opowieści z Narni”. Moglibyśmy teraz zacząć się rozdrabniać: oglądać każdy tom z osobna, rozbierać go na części pierwsze, słownictwo, rodzaje zdań, styl...
Mi jednak nie chodzi o rozpatrywanie szczegółów, często zbyt się w nie zagłębiając tracimy możliwość uchwycenia samej istoty, duszy powieści, pojęcia kwintesencji zawartych w niej znaczeń... Wnioski: Zajmiemy się całokształtem cyklu powieściowego C. S. Lewisa.
Niewiele osób wie, że „Opowieści z Narni” jeszcze niespełna trzydzieści lat temu, tak jak i „Harry Potter”, były napiętnowane jako powieść heretycka, jedynie wysoka kultura tamtych czasów pozwoliła jej uniknąć barbarzyńskiego stosu!Oskarżenie o herezję C. S. Lewisa, było jeszcze bardziej absurdalne, niż ten sam zarzut
wysnuty przeciwko Rowling i świadczyło o kompletnym nie zrozumieniu motłochu dla wyzwania jakiego podjął się Lewis.
A było to wyzwanie ogromne!
Nawrócony ateista, żarliwy chrześcijanin, człowiek pełen Łaski Wiary, wiedział, że w świecie postępu, mechaniki i innych osiągnięć naukowych, słabe ludzkie istoty coraz bardziej oddalają się do Boga, a tym samym w zapomnienie odchodzą wszystkie ustalone przez Niego, Kościół i teologów prawa moralne i systemy wartości. Widząc to wszystko i pragnąc zapobiec dalszej prymitywizacji społeczeństw, stworzył C. S. Lewis „Opowieści z Narni”- cudowne, doskonałe, idealne, znakomite, niedościgłe, a poza tym niewypowiedzianie piękne i pełne dobrych, mądrych treści, budzących tajemniczą potrzebę wprowadzenia ich w nasze życie, na naszym świecie, naszej małej, szarej, smutnej ziemi - przeniesienie Biblii w znany wszystkim z marzeń i baśni świat Narni!!!!! Odnajdujemy tam: proroctwa, Śmierć i Zmartwychwstanie, Odkupienie, nawróconych grzeszników, stworzenie świata, apokalipsę tudzież Sąd Ostateczny, oraz wizję Raju. W końcu samego Aslana, który w „Wędrowcu do świtu” pod postacią Baranka mówi: „Jestem [...] ale tam noszę inne imię. Musicie mnie rozpoznać pod tym imieniem. Właśnie dlatego zaprowadzono was do Narni. Przez to, że poznaliście mnie trochę tutaj, będziecie mogli poznać mnie lepiej tam.”Dzięki temu zdaniu możemy się zorientować, że Lewis zauważył jeszcze jeden niebezpieczny symptom choroby XX a może i XXI wieku: Chęć ucieczki od prawdziwego życia w świat fantazji, przed tym nas ostrzega, uprzedza, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć swoje dzieciństwo, wejść w dorosłość, a baśnie i fantazje odłożyć na półkę dla następnych pokoleń, samemu zaś zmierzyć się z tym, co nam niesie przyszłość.
Jak znam życie i ludzką naturę (niezbyt dobrze, ale starczy aby przewidzieć że:) niektórzy zarzucą mi nad interpretację faktów, powiem tylko, że dowodem na to iż Lewis fascynował się religią chrześcijańską są inne jego książki: „Diabelski Toast”, „Regres Pielgrzyma”, „Bóg na ławie oskarżonych” (Zbiór artykułów łączących głębię myśli z dowcipem i paradoksem, znajdziemy tam tak dziwaczne tytuły jak: „Człowiek czy królik”, „Kobiety-księża w Kościele” i tytułowy „Bóg na ławie oskarżonych”) „Listy starego diabła do młodego” (książka udowadnia poza tym, że autor miał niezwykłe poczucie humoru, tudzież znał się na diabelskich praktykach kuszenia BARDZO polecam). Kolejna próbą (przeprowadzoną z mniejszym powodzeniem) przywrócenia do codziennego życia religii było „Chrześcijaństwo po prostu” z podtytułem „dla tych którzy chcieliby wierzyć, ale intelekt im nie pozawala”. Znajdujemy tam logiczne rozumowanie, które, czy tego chcemy czy nie, doprowadza nas do wniosku że Bóg istnieje. (Niezwykle ciekawa lektura). Dla jasności pisaliśmy o Clivie Staplesie Lewisie.

Charles Ludwige Dogson – Lewis Carroll

Narodził się w roku tysiąc osiemset trzydziestym drugim a umarł w roku narodzenia C. S. Lewisa (co za pech!).
Zapewne niewiele osób zrozumiałoby jego mentalność, albowiem, zamiast - jak na pisarza przystało pluć na sam widok cyfr, był wykładowcą matematyki w Oxfordzie (brr). Jego pierwszymi książkami były właśnie podręczniki tego przedmiotu (blech)
Wśród humanistów jest znany (a nawet podziwiany) za książki dla dzieci tudzież pasjonatów matematyki wyższej i gry w szachy, stworzone dla Alicji Pleasaunce Liddel, która zresztą była pierwowzorem bohaterki „Alicji w krainie czarów” i „Alicji po drugiej stronie lustra”.
Niezwykły koncept tego matematyka (to nie obelga, naprawdę nim był) polegał jak twierdzą inni fascynaci liczb na wpisaniu w fabułę części pierwszej matematyki wyższych wymiarów i światów równoległych, część druga jest rzekomo (ja to potwierdzam, bo sprawdzałam, ale że nie jestem autorytetem to jedynie piszę co inni mówią) wykładem gry w szachy!
Przyznacie chyba, że jedynie nie lada pokrętny umysł mógł wpaść na tak „szatańską” myśl i jeszcze ja zrealizować w tak doskonały sposób!
Nie zawaham się stwierdzić, że Carroll był geniuszem! A mimo wszystko, przeraża mnie myśl, że lubię jakąś wyższa matematykę, nawet o tym nie wiedząc (No bo w końcu jak i gdzie jej szukać? A jeśli to tylko plotki i wcale jej tam nie ma? Nie pójdę studiować matmy tylko, po to aby to sprawdzić!) BRR!
Ciekawe swoją drogą co zamaskował w mojej kochanej „Wyprawie na Żmirłacza” czy jest to jedynie niezwykła nowatorska zabawa słowotwórcza, ciąg wymyślnych frazeologizmów, nonsensowna logika absurdalnego paradoksu, czy też np. rozwiązany problem łamiący najtęższe mózgi: kwadratura koła?!
Na polski przekładali Carrolla głównie Słomczyński i Stiller, ciekawe czy kiedyś zmierzy się z nim kiedyś Barańczak, oj byłoby ciekawie!
Pisaliśmy o Lewisie Carrollu.

Jonathan Carroll

Jonathan Carroll urodził się w Nowym Jorku 26.01.1949 roku pochodzi z „artystycznej rodziny”. Nie miał dzieciństwa, lecz „bachorstwo”, był często, gęsto wywalany ze szkół.
W połowie lat siedemdziesiątych zaczął pracować jako wykładowca na uniwersytecie w Wiedniu (pięknie świadczy o poziomie edukacji Austriackiej).
Podobno jego pisarstwo to ciąg sukcesów, podobno lubimy go czytać i podobno nie możemy się już doczekać jego dalszych książek.
Jest autorem wielu powieści jednej wcale ciekawej, choć bynajmniej nie odkrywczej: „Tańcząc w płomieniu” pewien młody mężczyzna zaczyna w snach powracać do swoich poprzednich wcieleń, w których towarzyszy mu tajemniczy „ojciec”, wkrótce, mężczyzna zaczyna widzieć przyszłość, porozumiewać się ze zmarłymi tudzież zakochiwać się pewnej tajemniczej kobiecie, dzięki której zagadka do pewnego stopnia się rozwiązuje. Ciekawy też jest zbiorek opowiadań „Cylinder Hildeberga”.
Inne wyznaczniki jego pisarstwa to: Częsta narracja w osobie żeńskiej, obsesja śmierci, motywy godne schizofrenika, lub godnego następcy Kartezjusza. To, co próbuje przekazywać w swoich książkach, jego żałosna pseudo filozofia, godny litości styl etc. Stawia go w rzędzie autorów komercyjnych – a niżej już spaść nie można!
Uprzedzam, że i tu również byłam skrajnie stronnicza, nie powiem wbrew własnym przekonaniom, że jest cudowny i nie będę wymieniać jego zalet, których nie zauważam.
Pisałam teraz o: Jonathanie Carrollu

No i to koniec, zestawienie wszystkich „plączących się” Lewisów i Carrolli zostało dokonane, mam nadzieję, że powyższy artykuł do czegoś Wam się przyda.

Źródło: "Prorok(ator)"
Autor: Ivanka









Nie-moralny świat Disney'a


Dzisiejszy Disney ma się tak do Disneya z przeszłości, jak Kopciuszek do własnej macochy

Disney to słowo, którego nikomu nie trzeba objaśniać. Na jego dźwięk twarze dorosłych rozjaśniają się uśmiechem, a dzieci piszczą z uciechy. Sympatyczna myszka, pomysłowy kaczor, naiwnym mały słoń czy czarnowłosa królewna otoczona krasnoludkami są synonimami dzieciństwa i tego, co w nim najpiękniejsze.


W wydanej niedawno książce "Ewangelia według Disneya" ("The Gospel According to Disney") jej autor Mark Pinsky tak podsumował ideę legendarnego producenta filmowego Walta Disneya: "Z życzliwością witaj nieznajomego, akceptuj i szanuj tych, którzy są od ciebie inni, i módl się, gdy jesteś w potrzebie. Staraj się też walczyć z pokusą prostych rozwiązań. Zjedzenie magicznego jabłka nie rozwiąże za ciebie problemów". Pinsky, który na co dzień zajmuje się dziennikarstwem religijnym, zadał sobie trud przeanalizowania ponad trzydziestu animowanych filmów Disneya z początków jego twórczej działalności. Chciał przypomnieć, dlaczego "klasyczny Disney" to nie tylko szkoła rozrywki dla nieletnich, ale i chrześcijańskiej etyki.

Bawić, uczyć, wychowywać

Walt Disney - jak pisze Pinsky - nie uważał się za człowieka przesadnie religijnego, ale rozumiał, że tworzenie dla dzieci nakłada na autora podwójny obowiązek: artystyczny i wychowawczy. Wychowanie zaś musi odwoływać się do prawd absolutnych. Najważniejszym zaś nowożytnym źródłem nauki o etyce jest dla kultury Zachodu Biblia. Właśnie stamtąd Disney czerpał inspirację. Nie znaczy to, że bohaterowie jego filmów formułowali opinie dyskredytujące inne poglądy etyczne.

Do uniwersalnych chrześcijańskich wartości propagowanych przez "klasycznego Disneya" Pinsky zaliczył, między innymi: małżeństwo oparte na miłości pomimo różnic kulturowych i społecznych ("Lady and the Tramp" - 1955), szacunek dla biednych ("Robin Hood" - 1970), dla wszystkich żywych stworzeń ("Bambi" - 1942), potrzeba życia w zgodzie z prawami natury, szeroko pojęty humanitaryzm ("Królewna Śnieżka" - 1937) oraz prawdziwą przyjaźń i wierność.

Pojawienie się w amerykańskich księgarniach książki Pinsky'ego właśnie teraz nie jest przypadkowe. Zestawienie dwóch dowolnych filmów Disneya: jednego sprzed kilkudziesięciu lat i dzisiejszego, wyraźnie uświadamia, jak bardzo się one zmieniły. Dawny czarno-biały świat został zastąpiony wszystkimi odcieniami szarości, a nawet czarne często jest sympatyczniejsze niż białe. Rodzice, którym przyszłoby do głowy, że współczesne filmy słynnej wytwórni mogą spełniać wobec ich potomstwa rolę dydaktyczną, albo nie widzieli ostatnio niczego, co studio wypuściło na rynek, albo sami ulegli modzie na wychowanie nie szczędzące dzieciom cynizmu i brutalności. Krótko rzecz ujmując, dzisiejszy Disney ma się tak do Disneya z przeszłości, jak Kopciuszek do własnej macochy. Pinsky nie wyjaśnia, jak do tego doszło, ale to akurat nie jest żadną tajemnicą.

Historia studia bardzo wyraźnie dzieli się na dwa okresy: przed objęciem i po objęciu foteli członków zarządu firmy przez tandem Michael Eisner i Frank Wells. Od śmierci Disneya w roku 1966 do wczesnych lat osiemdziesiątych koncernem zarządzał brat Walta Roy. Jego następcy, bliscy współpracownicy obu braci, od lat związani z firmą, byli wiernymi kontynuatorami założeń jej twórców, skrupulatnie trzymali się przyjętych u zarania zasad. Wszystko zmieniło się, gdy u steru rządów stanęli Eisner i Wells. Uznali oni, że czas zerwać z anachronicznymi, ich zdaniem, zasadami funkcjonowania studia, a ściślej, przekształcić je w to, czego legendarny założyciel firmy nigdy nie uczynił - w maszynę do produkcji pieniędzy.

Czasy oraz ugruntowana na rynku marka sprzyjały takiemu myśleniu. Z jednej strony bowiem, korporacyjne zarządy stały się zakładnikami obowiązującej "odpowiedzialności fiskalnej przed akcjonariuszami", z drugiej zaś szybkimi krokami zbliżała się era Internetu i komputerowej animacji, umożliwiająca szybszą i efektywniejszą produkcję. Nowi szefowie wpadli też na pomysł, by studio wyszło ze swej ideologicznej niszy i, tak jak reszta Hollywoodu, postawiło na "cywilizacyjny postęp", czyli filmy mniej jednoznaczne moralnie, za to odważniej czerpiące z tradycji innych kultur i wyznań, a do tego robione w sposób, by bawić nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Oznaczało to daleko idące kompromisy etyczne i obyczajowe. To, że sam Walt Disney nigdy na żadne kompromisy nie szedł, podobnie jak nie chciał, by jego studio stało się jeszcze jednym oddziałem fabryki snów, nie miało najmniejszego znaczenia.

Święto gejów zamiast Dnia Dziecka

Potem sprawy potoczyły się już szybko. Pieniądz naganiał pieniądz, jeden kompromis - następny. W dzisiejszych Disneylandach puszcza się fajerwerki z okazji Dnia Geja, a w filmach produkowanych przez wytwórnię ważniejsze od opowiadanej historii bywa zachowanie odpowiednich proporcji między bohaterami "kolorowymi" a białymi. W imię "cywilizacyjnego postępu" współczesny Disney jest też po uszy unurzany w moralnym relatywizmie oraz seksualnych podtekstach i aluzjach. Tytułowa postać jednej z największych klap w historii studia, Pocahontas, wygląda jak ratowniczka z serialu "Słoneczny patrol", a rozmowy, jakie prowadzą ze sobą mieszkańcy pastwiska z "Rogatego rancza", nawet dorosłych mogą przyprawić o rumieniec wstydu.

Bez względu na to, jak potoczą się dalsze losy wytwórni i co nam jeszcze zaoferuje, warto zadać sobie pytanie, jakie powinny być dobre, współczesne filmy dla dzieci? Świat, istotnie, się zmienił, i dzisiejsze maluchy są bardziej wymagające, choćby dlatego, że rzeczywistość bombarduje je - nie tylko z ekranu - większą liczbą informacji i możliwości.

Dla wielu odpowiedzią na to pytanie są propozycje Pixar Animation Studios, grupy komputerowych animatorów, autorów największych przebojów dziecięcego kina ostatnich lat: "Toy Story", "Dawno temu w trawie", "Potwory i spółka" oraz "Gdzie jest Nemo?" (Pixar rozpoczął działalność pod egidą Disneya, zanosi się na to, że już wkrótce zechce spróbować sił samodzielnie). Czy jednak o produkcjach Pixara można powiedzieć, że mają to "coś", co może zaczarować młodego widza na dłużej? Ich nowatorstwo - komputerowa animacja pozwalająca na osiągnięcie lepszych efektów wizualnych - odnosi się właściwie tylko do warsztatu artystycznego. W treści owych filmów, sposobie, w jaki aranżowane są i rozwiązywane problemy, nowatorstwa jest już jak na lekarstwo. Pixar bowiem, tak jak pryncypał, wyznaje modną ideę kompresji wieku odbiorcy (który ma wiek nieokreślony) i na tym skupia swoje wysiłki. Mamy więc w jego produkcjach taki sam rodzaj poczucia humoru, jaki spotyka się w większości filmów dla dorosłych, a nawet podobny język, uboższy jedynie o najoczywistsze wulgaryzmy. O tym, że również Pixar może paść (jeżeli już nie padł) ofiarą złudnej wiary, iż dziecko najbardziej marzy o tym, by patrzeć na świat oczami dorosłego, świadczy choćby jego najnowszy, skądinąd bardzo popularny, obraz "Iniemamocni". Przed nieletnim odbiorcą postawiono tutaj wymóg zrozumienia, że film parodiuje bardzo popularne swego czasu "kino supermanów" i że drwina odgrywa w nim rolę środka przekazu, a nie chodzi o nią samą. Czy pięciolatek, dla którego mit supermana jest czytelny właśnie dlatego, iż bazuje na schemacie biały-czarny, zrozumie zamierzenie producentów z Pixara? Rodzicom pięciolatka film "Iniemamocni" z całą pewnością się spodoba, ale czy stanie się on klasyką, do której dziecko samo chętnie będzie powracać, już takie pewnie jest.

Bez rodziców

Krytyk filmowy i autor książki "Przewodnik po dobrych filmach" ("A Guide To Good Films") Steven Greydanus uważa, że oprócz wiary w "małych-dorosłych" wytwórnia Disneya (i wiele innych) popełnia dzisiaj dwa podstawowe błędy: porzuciła tradycyjny portret rodziców i nazbyt wierzy w rozmaite wymyślane przez człowieka systemy wiary, jak New Age czy tym podobne, co jest związane z ideologią politycznej poprawności.

Pozytywne postaci rodziców są w zaniku. Najbardziej wyrazistymi cechami disneyowskiego rodzicielstwa są nieobecność matki oraz nieporadność ojca. Disneyowski ojciec ma częściej mniej rozsądku i rozumu niż jego własne dzieci i nie potrafi nikogo obronić przed złem. To prawda, że Disney wyrobił sobie markę, adaptując na potrzeby ekranu baśnie pełne macoch i sierot, jednak w jego starych filmach zaradnych, czynnych, i zaangażowanych w życie swych dzieci rodziców spotykało się kilka razy częściej. Co się zaś tyczy mody na światopoglądowe nowinki ("Król Lew", "Pocahontas", "Mulan" czy "Atlantyda - zaginiony ląd"), chodzi tu, oczywiście, o manifestacyjne opowiedzenie się za takimi "wynalazkami", jak "dywersyfikacja" i "akcja afirmatywna" [chodzi o pokazywanie w filmach mniejszości etnicznych - "Mulan" (1997), "Pocahontas" (1995), "Lilo i Stitch" (2002)] przy jednoczesnym zanegowaniu surowych, dogmatycznych, patriarchalnych i autorytatywnych wartości kultury Zachodu - twierdzi Steven Greydanus.

Czy istnieje nadzieja, że Disney mimo wszystko może stać się na powrót studiem magicznym, bawiącym, ale i wychowującym jednocześnie?

Niedawno firma zabrała się za realizację jednego z najbardziej ambitnych przedsięwzięć w całej swojej historii - ekranizację powieści C. S. Lewisa "Lew, czarownica i stara szafa". Film ma być gwiazdkowym prezentem na rok 2005. Wiadomo, że będzie to dzieło inne od wszystkiego, co wytwórnia proponowała nam ostatnio. Tym razem producenci nie zdołają uciec od chrześcijańskiej symboliki, gdyż powieść, jak zresztą i pozostałe części serii o krainie Narnii, jest jedną wielką alegorią chrześcijaństwa i miejsca na dowolne traktowanie tekstu po prostu tam nie ma (sam Lewis często nazywany jest XX-wiecznym krzyżowcem, walczącym o obecność chrześcijaństwa w życiu współczesnych). Po drugie, film powstaje w koprodukcji z koncernem Walden Media, na którego czele stoi chrześcijański miliarder Philip Anschutz. Wreszcie, komunikat o planach produkcji pojawił się w momencie, gdy serca amerykańskiego widza podbiły Pasja Mela Gibsona oraz wolny od politycznej poprawności Harry Potter. Wypadałoby wierzyć, że Disney jakieś wnioski z tego wyciągnął.

Uwierzyć w dzieciństwo

Ewentualny sukces "Lwa, czarownicy i starej szafy" - zważywszy, rzecz jasna, że film rzeczywiście pozostanie wierny intencjom autora książki - będzie dla Disneya dobry jeszcze z jednego powodu. Lewis, jak wszyscy wielcy pisarze dla dzieci, podbił ich serca, gdyż wierzył w moc dzieciństwa i świadomie eksponował te jego cechy, których w świecie dorosłych nie ma. Nie traktował go z przymrużeniem oka ani nie pomniejszał jego problemów. Bez względu na to, jak bardzo od czasów Lewisa zmienił się świat, dziecięce marzenia, strachy i tęsknoty pozostają te same. Te same są ideały, które do nich przemawiają i z którymi nieletni najchętniej się identyfikują.

A jeśli studio i tym razem nie stanie na wysokości zadania? Wówczas, jak napisał nowojorski doradca giełdowy Peter Eavis - będzie to najbardziej ewidentna oznaka twórczego bankructwa Disneya. Nie można bowiem wybaczyć niezrobienia czegoś wielkiego z rzeczy tak wielkiej, jak opowieści o Narnii. I ostatecznie znikną wątpliwości, że pałeczkę w wyścigu do dziecięcych serc powinien przejąć ktoś inny.

Źródło: www.nowe-panstwo.pl
Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney


< < Powrót do strony głównej